Mont Blanc

Projekt "7Happy Summits" nie doszedłby do skutku, gdyby nie myśl o Koronie Ziemi która na szczycie "Białej Damy" zaczęła płonąć jeszcze intensywniej.

Do Mont Blanc podchodziłem już trzeci raz. Rok wcześniej, wraz z przyjaciółmi góra postanowiła pokazać nam swoje srogie oblicze. Ze względu na zbyt dobrą pogodę i duże upały, miejsce nazywane "Kuluarem Śmierci", czyli długą rynną na ścianie pomiędzy schroniskami Tete Rousso i Gouter, było niezwykle aktywne. Lodowiec, który wytapiał się szybciej niż zazwyczaj, "puszczał" zamknięte w lodzie kamienie niemal nieustannie. Te spadały wspomnianą rynną tak intensywnie, że Mer Chamonix postanowił zamknąć całą drogę na szczyt.


Rok póżniej w czerwcu 2016 góra po raz drugi dała nam do zrozumienia, że łatwo nie będzie. Duże opady śniegu spowodowały liczne lawiny w masywie i droga na szczy po raz kolejny była dla nas zamknięta.

Pod koniec lipca 2016 spróbowałem sam z Maćkiem (przewodnikiem) stawić czoło górze. Po raz trzeci. W ramach aklimat yzacji wybraliśmy wcześniej upatrzony "Ząb Giganta". To wielka iglica skalna o wysokości ponad 4.000 metrów. Szczyt, który swoim widokiem rozbudza wyobraźnię i marzenia o wielkiej wspinaczce. Był nasz. Zdobyliśmy go niemal z marszu.


Po dniu przerwy przyszedł czas na Mont Blanc. Wyruszyliśmy wczesnym rankiem, aby najpierw kolejką linową a następnie kolejką zębatą dotrzeć na staję Nid d′Aigle (2372m). Stamtąd szlak prowadzi co raz wyżej do podnóż a stromej skalnej ściany, na szczycie które widać już cel naszej wyprawy - schronisko Gouter (3817m). Wspinaczka do schroniska jest długa, czeka nas przekroczenie "kuluaru śmierci" i strome podejście na wysokość prawie czterech tysięcy metrów nad poziomem morza. Słońca brak, ale może to i dobrze, bo przynajmniej w podchodzimy w upale. Do tego momentu nasze szanse na atak szczytowy nadal nie są pewne. Prognozy nie wróżą optymistycznych scenariuszy. Zapowiadany wieczorny opad śniegu może zakłócić próbę ataku.


Po godzinie 13 docieramy do schroniska. Po załatwieniu formalności do kolacji o 18:30 każdy próbuję sie zdrzemnąć i nabrać sił. W trakcie posiłku Maciek z uporem maniaka wlewa we mnie kolejne litry wody i dolewa kolejne porcje zupy. Jak się potem przekonam - jego metoda na nawodnienie zdziałała cuda. Po kolacji znów sen. Do 1:30 w nocy. Prognozy się polepszają. Będziemy atakować.

Kiedy człowiek budzi się w nocy przed atakiem szczytowym, w jego żyłach płynie dziwna mieszkanka niepokoju, adrenaliny i strachu i podniecenia. To dość osobliwy moment. Pod zjedzeniu niewielkiego śniadania, zauważam że po bólu głowy i braku apetytu (syndromy choroby wysokościowej) ani śladu. Zasługa Maćka.

Ruszamy przed godziną 2 w nocy. Spokojnym tempem wyprzedzamy kolejne pary widząc jak "świetlisty wąż" ludzi przed nami maleje z każdą wyminiętą parą. Początek drogi to lekkie podejście granią, aby stanąć przed kilkusetmetrową ścianą prowadzącą na wypłaszczenie Dome du Gouter. Przed nami widok na kopułę szczytową. Jesteśmy na przodzie, torując drogę pozostałym. Góra stoi przed nami nienaruszona jakimkolwiek śladem. Widok, który pozostanie na zawsze w pamięci.

Docieramy do schronu awaryjego - Vallota, aby zatrzymać się na chwilę na herbatę i odpocząć. Zmiana taktyki - czekamy aż nas wyprzedzą bo torowanie całej góry jest dość wyczerpujące. Po 20 minutach w schronie, gdy wychodzimy okazuje się że przed nami idzie tylko jedna para. Mijamy ją na stromym podejściu i docieramy do grani Bosson, która wiedzie już prosto na szczyt.


Zmęczenie daje się we znaki. Kroki są coraz wolniejsze a pomiędzy nimi pojawia się coraz więcej przerw. Szczęśliwe zza horyzontu zaczynają nieśmiało pojawiać się pierwsze promienie słońca. O 6:20 docieramy na szczyt (4810m). Jest bardzo mały. Kilka pamiątkowych zdjęć i zaczynamy odwrót. Przed nami znów grań i wielu alpinistów w drodze na szczyt. Czeka nas sporo mijania na bardzo wąskim terenie.


Zasada jest prosta. Z drogi ustępują Ci, którzy schodzą - bo mają łatwiej, są w drodze powrotnej. U nas było odwrotnie. Kolejne zespoły ustępowały nam drogi. Trochę się w tym pogubiłem, ale roześmiana twarz Włocha, który chwycił nas za ręce i po angielsku podziękował, za to że Polacy dzisiaj otworzyli drogę na Mont Blanc, wszystko mi wyjaśniła.

Im niżej tym większe zmęczenie dopadało organizm. Po prawie 13 godzinach od rozpoczęcia ataku szczytowego byliśmy z Maćkiem przy stacji kolejki zębatej Nid d′Aigle.


Wykończeni. Szczęśliwi. Zwyczajowo z puszkami Coca-Coli w nagrodę.


Mont Blanc opierał się dwa razy. Za trzecim został zdobyty. Pomiędzy pierwszą a drugą wyprawą złamałem poważnie kolano. W szpitalu mówili o lekkiej aktywności sportowej w 2017 roku. Nie do końca się z nimi zgodziłem. Doprowadzając się rehabilitacją i treningami do górskiej formy nie dałem górze za wygraną. Uparłem się i wszedłem na szczyt.

Na tym szczycie czekała nagroda, której bym się nigdy nie spodziewał...zalążek myśli o Koronie Ziemi.


11 wyświetlenia

© Michał Leksiński