Górski labirynt Carstensza

Kiedy niecałe trzy lata temu inaugurowałem projekt 7 Happy Summits z Fundacją Happy Kids, miałem mętne pojęcie o samej Piramidzie Carstensza. Wiedziałem, że na ten szczyt przyjdzie odpowiedni moment. To nie jest wielka ekspedycja wysokogórska i wiele dni spędzonych na wspinaczce, to labirynt złożony z pozwoleń, logistyki dotarcia i elementów pogodowych. Gdy wszystkie te puzzle ułożą się w jedną całość góra pozwala zdobyć swój szczyt. Nadal jednak tylko nielicznym. Śmiałków, którzy dostąpili zaszczytu wejścia na wierzchołek tej magicznej góry jest ok. 500 na całym świecie (w całej historii). Jednak zacznijmy od początku.


Garść informacji praktycznych: Piramida położona jest w indonezyjskiej części wyspy Nowej Gwinei w Górach Śnieżnych. Miejscem startowy dla wszystkich wypraw jest niewielkie (130.000 mieszkańców) miasteczko Timika znajdujące się w lini prostej ok. 80km od pasma Gór Śnieżnych.

Szczyt mierzy 4.884m. Atak szczytowy przeprowadza się z bazy położonej na wysokości 4.300m w Yellow Valley. Do samej bazy można dotrzeć na trzy sposoby: jeden nielegalny, jeden ekstremalny dla organizmu i jeden obecnie całkowicie niedostępny.


Żeby to zrozumieć, trzeba kilka słów opowiedzieć na temat położenia samej góry i jej otoczenia. Niespełna 2 godziny marszu od bazy znajduje się Grasberg - największa odkrywkowa kopalnia złota na świecie (oprócz złota wydobywane jest srebro i miedź). Górne kręgi wydobywcze znajdują się na wysokości ponad 4.000m. Teren kopalni jest pilnie strzeżony, a większość systemu ekonomicznego prowincji Mimika (której miasteczko Timika jest stolicą) powiązana jest z kopalnią.


Z drugiej strony doliny, w której znajduje się baza Piramidy mamy gęstą indonezyjską dżunglę, w której schronienie znajduję liczne ruchy separatystyczne (chcące odłączyć się od indonezyjskiej części Nowej Gwinei). Dżunglę zamieszkują również potomkowie plemion kanibali, jednak teraz nie ma już zagrożenia z ich strony. Dominującym problemem są agresywne grupy separatystów, które z potencjalnymi trekkersami czy wspinaczami nie obchodzą się delikatnie. Notowano przypadki zatrzymania całych ekspedycji, żądań łapówek czy grożenia przemocą fizyczną.


Dostępną opcją obecnie jest dostanie się do bazy za pomocą lotu helikopterem. Jednak ten, aby mógł się odbyć również związany jest z niemałym problemem. Timika przez lokalnych mieszkańców nazywa jest "najbardziej mokrym miastem Indonezji". Pada tam niemal cały rok. Warunki atmosferyczne w miasteczku i w dolinie pod Carstenszem muszą być równocześnie bardzo dobre, aby helikopter mógł zabrać 3 osoby do góry. Do układanki więc dodany jest aspekt pogodowy.


Mamy więc trzy sposoby: nielegalny (próba przedostania się przez kopalnię), obecnie zakazany (trekking przez dżunglę) i ekstremalny dla organizmu (lot helikopterem z wysokości 0 m na wysokość 4.300m w 25min). Mnie czekał helikopter.


Początek sierpnia. Docieram do indonezyjskiego raju - na wyspę Bali. Niestety rozkoszowanie się niebiańskimi plażami i krystalicznie czystą wodą mogę liczyć w godzinach. Niecałą dobę pod dotarciu na Bali przesiadam się w lokalny samolot i wyruszam w podróż do Timiki. Na mapie odległość wydaje się nie wielka, ale to złudne. To kilka tysięcy kilometrów.


Wilgoć i gorąc od razu uderzają mnie w twarz. Wszechogarniająca zieleń krajobrazu niemal przytłacza. Gór nie widać. Chmury skrzętnie bronią dostępu przed ciekawskimi oczami niewielkiej garstki wspinaczy. Docieramy do naszego małego hoteliku, w którym spędzimy jak się później okaże sporo czasu w oczekiwaniu na wylot do bazy.


Pierwszy dzień to czas na zapoznanie ekipy i wycieczkę do urzędu prowincji w celu podpisania wszystkich niezbędnych dokumentów. Jest na ósemka. Hiszpan, szóstka amerykanów i ja. Motywacje są najróżniejsze, co mnie mocno zdziwiło. Oprócz mnie tylko jeden Amerykanin i Hiszpan mają w planie zdobycie Korony Ziemi. Pozostała część grupy wybrała Carstensza jako cel wspinaczki ze względu na jego egzotykę.


Ruszamy przez zatłoczone ulice Timiki do urzędu. Tam czekają na nas sterty papierów do podpisania, łącznie z dokumentem o pieszczotliwej nazwie "Ostatnie ostrzeżenie", to cyrograf w którym oświadczamy że przedstawiono nam wszelkie konsekwencje (pobyt w więzieniu) związane z naruszeniem terytorium kopalni. Zaczyna się miło.


Wieczorem podział grupy i opis logistyki. Nasz lokalny opiekun Joshua przedstawia nam plan. Dzielimy się na trójki helikopterowe (jestem planowany na drugi lot) i określamy harmonogram wstawania i wyjazdu na lotnisku. Pierwsza trójka wstaje o 4:30, wyjazd o 5:00 rano na lotnisko, druga trójka wstaje o 5:00, wyjazd o 5:30 i tak dalej. Plan na papierze wygląda dobrze. Rzeczywistość jednak szybko go zweryfikuje:


  • Dzień I czekania: pobudka przed 05:00, idziemy na śniadanie. Tam dowiadujemy się, że warunki nie są do końca sprzyjające i przez to ekipa czeka jeszcze na lotnisku. Ostatecznie nikt nie wylatuje. Ruszamy do miasteczka zbudowanego przez kopalnie Grasberg dla swoich pracowników - jako formę atrakcji turystycznej również

  • Dzień II czekania: pobudka przed 05:00, idziemy na śniadanie. Pierwsza ekipa wyjechała na lotnisko. Około 09:00 rano pojawia się samochód. Wrócili z powrotem. Pogoda nie była łaskawa. Jedziemy do portu oddalonego od Timiki o 30km w ramach lokalnego zwiedzania.

  • Dzień III czekania: pobudka przed 05:00, idziemy na śniadanie. Pierwsza ekipa nawet nie wyjechała na lotnisko. Warunki beznadziejne. Dzisiaj na pewno nie wylecimy.

  • Dzień IV czekania: pobudka przed 05:00, idziemy na śniadanie. Widok pierwszej ekipy nas już nie dziwi. Domyślamy się, że dzisiaj nie będzie znów szans. Wracamy spać. W trakcie dnia poznajemy zakamarki Timiki.

  • Dzień V czekania: - pobudka przed 05:00, słyszę jak deszcz uderza o dach z ogromną siłą. Idę spać dalej. Wiem, że helikopter dziś na pewno nie wyleci.

  • Dzień VI czekania: pobudka przed 05:00, idziemy na śniadanie. Pierwszej ekipy nie ma. To dobry znak, bo oznacza że są na lotnisku. Przed 10:00 wracają do hotelu. Helikopter doleciał lotem sprawdzającym na 3.000m. Widoczność jednak była tak zła, że było szans na lot. Co więcej trójka amerykanów, która była planowana na pierwszy helikopter rezygnuje z dalszego udziału w wyprawie. Mają na sztywno zarezerwowane bilety powrotne i nie tyle obawiają się opóźnienia lotu do Base Campu, ile utknięcia w Base Campie po zdobyciu góry (ze względu na brak możliwości dolotu helikoptera, żeby ich odebrać). To sprawia, że nasz trójka przesuwa się na pozycje nr 1 jeśli chodzi o wylot.

  • Dzień VII czekania: pobudka 4:30, idziemy na śniadanie. Joshua informuje nas, że pogoda jest dobra, ale musimy jeszcze poczekać na przejaśnienia wyżej. Od kilku dni pogoda pod Carstenszem jest bardzo dobra, ale to warunki w Timice nie pozwalają na start. O godzinie 07:00 ruszamy na małe lotnisko, gdzie po szybkim przekazaniu bagaży lądujemy w niewielkiej salce. Do tego miejsca dotarła już poprzednia ekipa. Czekamy na sygnał. W końcu podjeżdża małe autko a na twarzy Joshuy maluje się wielki uśmiech - oznacza ni mniej ni więcej, że ruszamy. Za moment wzbijemy się w powietrze i ruszymy do bazy pod Piramidą. Jeszcze nie wiem, że za kilka godzin będziemy mogli nazwać się zdobywcami góry.


Lot jest krótki i zapiera dech w piersiach. Gdy przekroczy się pułap chmur oczom ukazuje się ściana Gór Śnieżnych. Im bliżej dolatujemy tym widoczniejsze są systematyczne wzory - kręgi znajdujące się nieopodal Carstensza. To Grasberg. Przelatujemy dokładnie nad kopalnią widząc ją w całej swej okazałości - jej wielkość przytłacza.


Małym przesmykiem pomiędzy górami wlatujemy do Yellow Valley, gdzie natychmiast dostrzegamy dobrze nam znany kolor żółtawych namiotów górskich. Mała baza pod Piramidą jest już na wyciągnięcie ręki. Lądujemy. Śmigło nie przestaje pracować. Wyrzucamy torby ekspedycyjne z helikoptera i kilka minut później widzimy jak odlatuje w stronę Timiki. Warkot silnika cichnie i oto stoimy w kompletnej ciszy przed obliczem Carstensza.


Dzień jest przepiękny. Zero wiatru i oceaniczne błękitne niebo góruje nad nami. Po zrzuceniu tobołów do namiotów meldujemy się w mesie, gdzie z poznanym przed chwilą Poxim (lokalną legendą, człowiekiem który wszedł na Carstensza równo 100 razy) omawiamy plan działania. Na chwilę obecną czekamy na sygnał z lotniska. Jeśli okaże się, że dzisiaj już nie będzie lotów - możemy zdecydować aby ruszać na szczyt jeszcze dziś z samego rana. Czekamy więc.


Jest przyjemnie chłodno. Organizmy ruszają się nieco wolniej, ale jeszcze nie odczuliśmy wysokości tak mocno. Choć chodzenie jest nieco spowolnione. Organizmy jeszcze nie zorientowały się jak olbrzymi skok wykonały. Takie działanie jest absolutnie sprzeczne z wszelkimi regułami prawidłowej aklimatyzacji, jednak przy Carstenszu ciężko o prawidłowy schemat gdy w grę wchodzi jedynie lot do bazy.


Istnieje jednak sposób. Oszustwo. Można wyruszyć szybko na szczyt i oszukać organizm. Zadziałać zanim ten się zorientuje co się właściwie wydarzyło. Trochę liczymy na ten manewr, bo powoli wszystkich zaczyna dopadać lekki ból głowy. Ruszam na krótki spacer dookoła bazy, ale Poxi szybko ściąga mnie do mesy. Właśnie dostał wiadomość, że nie będzie już lotów. Pyta o naszą decyzję. Jesteśmy jednogłośni. Ruszamy jak najszybciej na szczyt. 30 minut na przebranie i przygotowanie plecaków. Wychodzimy w górę.


Droga na szczyt Piramidy do niemal 600 metrów wspinania po stromym terenie skalnym i ostrej jak brzytwa skale wapiennej. Cała droga ubezpieczona jest linami i w trudniejszych momentach można wpinać się jumarem (przyrząd od poruszania się po linach poręczowych), aby ułatwić sobie poruszanie. Wspinamy się bardzo sprawnie. Według wielu agencji atak szczytowy przewiduje około 12-14h działania w górze. Jednak czas ten według mnie mocno przeszacowany. My docieramy po nieco ponad 3 godzinach wspinania na grań. Tam czeka nas jeszcze legendarny trawers tyrolski, czy powietrzny balet prawie 5 tysięcy merów nad ziemią. Przejście po linach zawieszonych nad przepaścią wszystkim przyspiesza skutecznie puls. Po 4 godziniach meldujemy się na szczycie.


Łzy, radość, niedowierzanie - bo dotrzeć tu to przede wszystkim ogromne szczęście. Możliwość zdobycia szczytu to już przywilej a stanięcie na wierzchołku do cudowna nagroda.


Teraz zejście. To głównie seria szybkich zjazdów i dobrej koordynacji całego zespołu. Na drodze jest sporo luźnych kamieni, które przy zjazdach mocno fruwają. Niestety były również źródłem śmiertelnych wypadków na Piramidzie. Nie dalej jak roku temu przyjaciel Poxiego zginął trafiony kamieniem podczas zjazdu. Ekipa nad nim nie zatrzymała się w odpowiednim miejscu przed jego zjazdem i uruchomiła małą lawinę kamienną. Ta góra ma wiele pułapek jak widać.


Po nieco ponad 6 godzinach meldujemy się w bazie. Radości nie ma końca. Jesteśmy w bazie wyłącznie w troje: Dawid (Hiszpan), Flint (USA) i ja. Do tego Poxi i kilku lokalnych przewodników. Cieszymy się górą, widokami i faktem że 9 sierpnia 2019 zdobywaliśmy w trójkę Piramidę będąc na tej górze sami.


Teraz rozpoczyna się kolejny etap - oczekiwanie na powrót. Po średnio przespanej nocy. (organizmy powoli orientują się, jakie oszustwo zostało dokonane) rano dowiadujemy się, że pogoda nie pozwoliła na start helikoptera. To oznacza kolejne 24h w bazie. Czas upływa nam na robieniu zdjęć, spacerach i rozmowach.


Niedziela rano. Pobudka o 06:00. Helikopter za moment wyleci. Niezwykły moment. Nasi towarzysze z Timiki docierają śmigłem do bazy. Mamy tylko minutę dwie, żeby się z nimi wymienić emocjami i miejscami w helikopterze. Oni przylecieli zdobywać górę, my już odlatujemy. Dużo uśmiechów i uścisków.


Odlatujemy.


Koniec tej podróży jest dla mnie rozpoczęciem kolejnej, bo teraz czeka mnie przedostatnie się do Wielkich Gór Wododziałowych w Australii. To jednak za moment.


Piramida Carstensza zdobyta. Najtrudniejszy technicznie klejnot w Koronie Ziemi za mną.

Flaga Happy Kids powiała w jednym z bardziej niedostępnych miejsc świata. Marzenia wszak pozwalają dotrzeć wszędzie.



PS Ogromne podziękowanie kieruję do Partnerów Wyprawy, bez których zrealizowanie tego niezwykłego celu nie byłoby możliwe:


  • Województwo Kujawsko-Pomorskie

  • Neweconomy

  • Miasto Toruń

  • The North Face


79 wyświetlenia

© Michał Leksiński